Szukaj
14.07.2016
Historia Ambasadora - Filozofia Świadomego Życia

Moje życie to permanentne dbanie o własne zdrowie. I już tak raczej zostanie. Moja filozofia życiowa opiera się przede wszystkim na zasadach zdrowego odżywiania, aktywnego i świadomego życia oraz rozwoju osobistego. Już nie wiem, co było pierwsze, czy problemy ze zdrowiem, które mnie spotkały i nadal spotykają, czy może moje pomysły na inne, bardziej ‘treściwe’ życie. A że tych pomysłów w mojej głowie jest całe mnóstwo, a nie zawsze wiem, jak spożytkować nadmiar pozytywnej energii, to dzisiaj postanowiłam napisać ten artykuł.

Przez ostatnie osiem lat dbam o … wszystko. Mniej lub więcej świadomie, ale dbam, chociaż początki nie były najłatwiejsze. Po moich narodzinach okazało się, że mam dysplazję biodra, kręcz szyjny i w ogóle nie wiadomo było, jaką terapię można było u mnie zastosować - o ile można mówić w latach 80tych o jakiejkolwiek terapii. W wieku 10 lat zachorowałam na lewostronne porażenie Bella, co wiążę się z paraliżem twarzy. W wieku 17 lat historia się powtórzyła, tym razem jednak prawostronne porażenie i wielki ból, fizyczny i psychiczny. Dodam do tego ciągły ból lewego biodra, gdy tylko chciałam coś z nim zrobić, tzn. uaktywnić, bo zajęcia wychowania fizycznego nie były wtedy dla mnie dostosowane. Próbowałam sama tańczyć, jeździć na rowerze, grać w koszykówkę i siatkówkę, chodzić po górach, ćwiczyć w domu. Wtedy pierwszy raz odkryłam w sobie siłę i potrzebę wysiłku fizycznego. Jednak nadal nie potrafiłam sobie radzić ze stresem, którego skutkiem było nawracające zapalenie nerwu trójdzielnego. Po skończonych wymarzonych studiach na filologii germańskiej urodziłam synka. A że ciąża nie była dla mnie ‘cudownym stanem’, ponieważ przez cały czas musiałam leżeć w domu lub w klinice, to poród okazał się wybawieniem, z którym wiążę bardzo miłe wspomnienia. Bartek urodził się dzięki naszej wspólnej (tzn. mojej i jego) woli walki, dzięki optymistycznemu nastawieniu oraz energii, która już wtedy nas połączyła. Magiczne uczucie. Po półtora roku rozpoczęłam pracę, w której coraz częściej odczuwałam problemy z kręgosłupem, drżały mi ręce, ciągle chorowałam na anginę, w nocy przyjeżdżało do mnie pogotowie, bo ból kręgosłupa był nie do wytrzymania. Potem okazało się, że muszę zrezygnować z pracy dla własnego dobra. I właśnie wtedy rozpoczęłam walkę o własne zdrowie. Cały rok spędziłam na codziennym pływaniu, rehabilitacji oraz na rowerze. Gdy poczułam się lepiej postanowiłam iść do pracy, lecz niestety ból kręgosłupa nie dawał za wygraną. Do tego doszły bóle w okolicy szyi i uszu, czego przyczyną była klimatyzacja. Po 4 miesiącach postanowiłam poddać się operacji odcinka lędźwiowego kręgosłupa (L4-L5) w Piekarach Śląskich, co było dla mnie kolejną szansą na lepsze jutro. Wszystko się udało, bo takie było moje założenie i po 2 miesiącach mogłam wrócić do moich zajęć. Wróciłam do ćwiczeń na siłowni z trenerem oraz do pływania, zaczęłam prowadzić własną firmę szkoleniową i tłumaczeniową, co przynosiło mi wiele satysfakcji i radości. Po pewnym czasie wrócił jednak ból nerwu trójdzielnego, co bardzo utrudniało moją pracę, bo jak tu mówić, tłumaczyć, skoro ból twarzy wyciska łzy z oczu, a pękające w nocy zęby nie pozwalają odpocząć? Rozpoczęłam kolejne badania, kolejne wizyty u dentystów, neurologów, ortopedów, internistów… szukałam przyczyny i nie interesowało mnie w ogóle leczenie objawowe. Po stwierdzeniach wielu lekarzy, że ‘ moja twarz jest wykręcona z bólu’ i że ‘leczymy, ale nie wiemy co’, posłuchałam rady mojego ortodonty, który nakłonił mnie do badań w kierunku boreliozy. Testy wyszły ujemne, a ja z bólem i w wielkim cierpieniu przestałam jeść, pić i w końcu mówić. Najgorszy był dla mnie moment, kiedy nie mogłam już pracować, komunikować się z mężem, dzieckiem, najbliższymi, znajomymi… Cały świat został gdzieś daleko od mnie, a ja kręciłam się wokół moich dolegliwości. Zdecydowałam się na wizytę u lekarza, który leczy boreliozę metodą ILADS, dzięki któremu rozpoczęłam leczenie seronegatywnej neuroboreliozy oraz koinfekcji. Choć testy wyszły ujemne, to miałam wszystkie objawy tej choroby, oprócz bólu jąder oczywiście. Leczenie antybiotykami oraz dietę (bez cukru, drożdży, pszenicy) wdrożyłam w życie bardzo szybko, nie pozostało mi nic innego, jak ratować siebie i wszystko, co mam. Mąż i synek byli moim największym wsparciem podczas leczenia, podczas którego przeżywałam wzloty i upadki. Przez rok ‘zjadłam’ 8000 tabletek antybiotyków, jeszcze więcej witamin, minerałów, ale też wróciłam do pracy i choć często byłam blada jak ściana w sali konferencyjnej, to nie poddawałam się. Znowu odzyskałam radość życia, a może dopiero wtedy dotarło do mnie, jak bezcenne jest życie. Chociaż cała terapia kosztowała mnóstwo pieniędzy, chociaż wiele osób nie rozumiało wtedy ‘moje stanu zdrowia’, to ja czułam się wtedy, jak na skrzydłach. Po 13 miesiącach skończyłam leczenie, co było dopiero początkiem mojej drogi. A ja już miałam plany, marzenia, cele… Po miesiącu zaczęłam mdleć na zajęciach, sale konferencyjne były dla mnie dusznymi klatkami, osoby z przeziębieniem i klimatyzacja w biurach i w sklepach stały się wrogiem nr 1. Kolejny raz zrezygnowałam z pracy, przestawiłam myślenie z chorowania na zdrowienie, które zajmuje mi czas do dnia dzisiejszego. Odbudowywanie odporności zajęło mi rok czasu, jelita doszły do normalnego stanu po ok. roku (gdybym wiedziała, że nie trawię już ksylitolu, to pewnie nie trwałoby to tak długo), do pracy jeszcze nie wróciłam, choć zawodowo jestem bardzo aktywna.

Ja już nie zastanawiam się, czy jutro będzie mnie coś boleć, czy pójdę do pracy, czy będzie słońce, czy deszcz… Liczy się to, co jest Tu i Teraz, wykorzystuję każdy dzień na dbanie o siebie, dbanie o relacje, dbanie o mój zawód. Mam poczucie spełnienia, pomimo tego, że nie żyję tak, jak planowałam. Życie napisało mi zupełnie inny scenariusz, dzięki któremu jestem świadoma tego, co czuję i co robię, a uczę się tego codziennie. Zwracam uwagę na to, co jem i na to, co je moja rodzina, zbieram przepisy na różne pyszności, czytam etykiety… Co dwa dni jeżdżę na rowerze moimi ulubionymi trasami, pokonuję w miarę możliwości ok. 100km tygodniowo, a że jest to także hobby mojego męża i syna, to razem potrafimy wykorzystywać aktywnie nasz wspólny czas. Dzięki temu czujemy się zrelaksowani i jesteśmy w dobrej formie. Chociaż sama nazywałam kiedyś samochód moim wózkiem inwalidzkim, bo był czas, kiedy nie mogłam chodzić o własnych siłach, ale to właśnie rower pomógł mi w odzyskaniu sił w nogach. Mieszkanie na 3 piętrze także zobowiązuje do codziennej aktywności! Oczywiście jestem pod opieką wspaniałej fizjoterapeutki Basi i razem pracujemy nad tym, co boli, przeszkadza i co czasami potrafi nas zaskoczyć z dnia na dzień w moim organizmie. Choć dla wielu lekarzy jestem trudnym przypadkiem medycznym, dla innych osobą niepełnosprawną, to przede wszystkim jestem świadomą siebie, aktywną kobietą, żoną fantastycznego męża i mamą fascynującego dziecka.

Wszystkie moje działania związane ze zdrowiem opisuję od prawie roku na Facebooku: https://www.facebook.com/neuroborelioza/?ref=aymt_homepage_panel

Żyję świadomie i mocno wierzę w słowa:  Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana!

Małgosia Jarząbek

PODOBNE ARTYKUŁY